AVIATION

BLOG LOTNICZY


„W naszej rodzinie są piloci. Niektórzy latali bombowcami nuklearnymi i do dziś pamiętają kąty wychylenia 23-milimetrowego działka. Inni przemierzają Amerykę samolotami eksperymentalnymi, kochają akrobację, w powietrzu żeglują statkami liniowymi, bądź sterują bezzałogowcami. Być może jeden właśnie leci Dreamlinerem. Ale najbardziej dziękuję moim najbliższym. Im zawdzięczam pasję, która pozostaje na zawsze powodując, że zupełnie inaczej patrzę na niebo…”

Z Pawłem mamy do siebie pełne zaufanie, także w powietrzu. Nasze zdjęcie przy RV6 w hangarze CYKZ, 2009 r.

Okęcie lata 70-te

Lotnictwo od dzieciństwa było dla nas z bratem pociągające. Nie tylko dlatego, że mieszkaliśmy w odległości pasa startowego od największego lotniska w Polsce. W latach 70-tych doskonale słychać było próby silników i starty samolotów. Typy statków powietrznych rozpoznawaliśmy z Pawłem po brzmieniu silników. Często po szkole i w weekendy jeździliśmy na niezapomniany stary taras widokowy Okęcia. Mogliśmy tam stać i godzinami rozmawiać o samolotach. W powietrzu unosił się zapach nafty lotniczej i opływało nas gorące powietrze z silników. Mieliśmy działkę na Paluchu, po drugiej stronie lotniska. Stamtąd przez dziury w byle jakim ogrodzeniu wchodziliśmy na teren lotniska, by tuż przy pasie 33 obserwować samoloty.

Pewnego razu – pamiętam zauważył nas strażnik, zaczął krzyczeć i nawet strzelił w powietrze z broni palnej, żeby nas pogonić. To było dla mnie bardzo traumatyczne doświadczenie. Paweł opowiadał mi potem, że mimo że byłem mały, to płacząc uciekałem tak strasznie szybko, że nie mógł mnie dogonić.



Szwedzkie akrobacje

Druga połowa lat 90-tych. Lecimy do Szwecji jednosilnikoweym Piperem. Start z Okęcia, a co! Międzylądowanie w Kalmar a potem już prosto do Sztokholmu. Pamiętam że zabraliśmy ze sobą z Warszawy ogromny i ciężki (25kg), wspaniały 76 klawiszowy syntezator, keyboard, sample player MIDI, słynny Kurzweil K1000, który w 1989 przywieźliśmy z USA.

Wspólne latanie dla nas to szczególne chwile spędzone w skupieniu. Ja w samolocie zawsze występuję z aparatem, kamerą i podręcznym GPS-em lotniczym. Stacjonujemy na lotnisku Bromma w Sztokholmie. Po raz pierwszy wspólnie z Pawłem odczuwam nieważkość, kręcimy pętle i beczki. Puszczam z rąk kamerę a ona nie opada, leci do góry a potem lewituje, daleko lepiej niż na wesołym miasteczku. Używałem wtedy lustrzanek Canon. Miałem 15mm rybie oko, które miało mocno odstający obiektyw narażony na zadrapanie. Po jednym z lotów nie był już tak nieskazitelny, za to zdjęcia całkiem dobrze się udały. Nasze wspólne odrywanie się od ziemi przenosi nas w inny magiczny świat wolności i marzeń. Kochamy to.


Marek Szufa

Mój przyjaciel kpt. Marek Szufa ma swoje miejsce w mojej lotniczej historii. Marek to człowiek wyjątkowy, pilot transatlantyckich Boeingów 767, ale także wielokrotnie nagradzany mistrz szybowcowy oraz samolotowy, słynny modelarz, żeglarz i nie tylko. Wciąż zalatany – dosłownie i w przenośni. Zawsze w biegu, na wysokich obrotach. Wyjątkowo ciepły, otwarty, przesympatyczny, z ogromnym poczuciem humoru, niezwykle uczynny i bezinteresowany Mareczek – perfekcjonista. Wiele mu zawdzięczam i ciesze się, że mogłem go poznać bliżej. Często się spotykaliśmy, zazwyczaj przy samolotach, tych dużych i modelach RC, doradzałem mu w dziedzinie zakupu kamer i innego sprzętu, ale też po prostu bardzo się polubiliśmy. Bez problemu zabierał moje kamery do serwisów w USA. To była przyjemna symbioza. Dokumentowałem nasze wspólne loty na jump seat w Boeing 767 do Nowego Jorku, ale też te akrobacyjne i modelarskie. Zawsze nasze spotkania były gwarancją świetnej przygody, mnóstwa opowieści ze świata lotniczego ale także szczerych rozmów o życiu.

Pamiętam gdy po raz pierwszy zadzwonił do mnie. To mógł być rok 2000. Marek zobaczył na sieci mój film z jego akrobacjami na Pikniku w Góraszce. Twierdził że tak świetnych ujęć i zbliżeń samolotu nie dostaje nawet od ekip telewizyjnych i zaproponował wymianę: ja przekaże mu film, a on w zamian proponuje wspólny lot Ekstrą 300 – jednym z najlepszych samolotów akrobacyjnych na świecie. Kompletnie oniemiałem z wrażenia i jednoczesnej radości! Po kilku tygodniach spotkaliśmy się na lotnisku Radom-Piastów. Na początku nie do końca rozumiałem słowa Marka na początku poniższego filmu: jak mam łączyć poczucie się źle z koniecznością podnoszenia rąk do góry? Przecież wtedy sercu jeszcze trudniej pompować krew. I tak musiałem stale trzymać ręce dość wysoko, bo trzymałem dużą kamerę. Na szczęście machanie rękoma by dał mi żyć – nie było konieczne. Ale za każdym razem, gdy oglądam ten film i widzę charakterystyczny szelmowski uśmiech Mareczka, to powoduje to mój uśmiech. Ten lot był dla mnie niemałym wyzwaniem. Pamiętam jaką trudność sprawiało mi w miarę stabilne dłuższe trzymanie dużej i ciężkiej 4kg kamery w czasie akrobacji. To szczególnie widać po serii wielu beczek, z których tylko pierwsze są ze stabilną kamerą, cała reszta z coraz większym mimośrodem. To była non-stop walka w grawitacją i nagłymi przeciążeniami w dowolnej osi!

Z Markiem przy samolocie Żelaznych na Mistrzostwach Świata w Akrobacji, AWAC 2006
Agnieszka, Radom AWAC 2006

Opowiadał mi jak oddawał swoje popsute akrobacjami kamery do serwisów. Zdumieni technicy nie mogli wyjść z podziwu co Marek musiał robić z nimi, że tylko w środku są tak strasznie zmaltretowane mechanicznie! Z tego samego powodu moja profesjonalna kamera DVX100 również wymagała szybkiego serwisu w Panasonic Professional, New Jersey. Po kwadransie fantastycznie intensywnego i jednocześnie cholernie wyczerpującego lotu oraz mięciutkim lądowaniu z ogromną przyjemnością walnąłem się na trawę by wrócić do siebie. Od tej pory Marek zaczął do mnie mówić – Jędrek. Wtedy już czułem, że zostaliśmy przyjaciółmi.


kpt. Szufa ląduje w KSFO, X-Plane 6

Około roku 2000. Marek ląduje w KSFO, tym razem leci symulatorem X-Plane 6. Z jakichś niepojętych przyczyn nie załadowała się sceneria San Francisco! Jest tylko pas startowy otoczony wodą. Myślalem że się spalę ze wstydu! „130 węzłów, w ogóle nie ma hamulców (…) fotel mi odjechal, na kółkach [śmiech]”. A tak to wyglądało sprzętowo 17 lat temu. To był wtedy dość mocny komputer. Z resztą ja zawsze wydawałem i wydaję mnóstwo pieniędzy na najnowsze szybkie komputery: Power Mac G4 Cube ($2000), 450MHz CPU, ATi Rage 128 Pro z 16MB RAM, FireWire, chłodzenie całkowicie konwekcyjne, no i ten designerski wygląd. Nie było się czego wstydzić jeśli chodzi o „flight controls”. Ze Szwecji od Pawła przywiozłem cały nowiutki zestaw pedały+wolant CH Products. Wtedy w Polsce można było o czymś takim pomarzyć. Aż trudno uwierzyć i pojąć ale ten wolant z pedałami sprzedawany jest do dnia dzisiejszego!

Planowałem realizację dłuższego filmu dokumentalnego o Marku Szufie. Marek nie podchodził jednak do tego tematu zbyt poważnie. Zawsze był zbyt zalatany by spokojnie zaplanować jego realizację. Wielka szkoda.


Marek z siekierą w Boeing 767

Mój pierwszy jump seat u Marka w 2002 roku. Naprawa zużytego fotela wcale nie była wyreżyserowana. Linie lotnicze LOT oszczędzały nawet na komforcie pilotów. Marek musiał mieć do mnie duże zaufanie, by pozwolić mi usiąść na fotelu kapitana podczas lotu komercyjnego. Od tej pory Glasgow będzie mi się zawsze kojarzyło z tym naszym lotem.


Góraszka 2005


Lot do Newark 2008

Ten film postanowiłem zmontować bez muzyki. Dużo jest w nim treści, której nie chciałem maskować innymi dźwiękami. Straszne opowieści o samo-włączających się rewersach, typowe dla Marka z uśmiechem strofowanie nastolatka z jump seat w komunikacji radiowej – to wszystko tworzyło wspaniały klimat aury wokół Marka. Jego uruchamianie laptopa i przeglądanie moich lotniczych zdjęć i filmów z akrobacji. „To fajny samolot ale za długo się leci”. Marek często porównywał swoją pracę w LOT do dorożkarstwa, ot takie powolne i grzeczne przemieszczanie się w przestrzeni powietrznej z punktu A do punktu B. Miał w tym wiele racji, dopiero w swoich samolotach akrobacyjnych i na pokazach czuł wreszcie adrenalinę. Pewnego razu przyznał się, że jego modelarskie akrobacje są dla niego najbardziej ekscytujące(!) W rzeczywistości nie mógłby wykonać podobnej wiązanki figur z tak ogromnymi przeciążeniami w prawdziwym samolocie… Z powodzeniem udało mu się zarazić mnie bakcylem modelarstwa lotniczego RC. Wkrótce z Ameryki przywiózł mi świetną aparaturę zdalnego sterowania 2.4GHz firmy JR, którą wykorzystuję do tej pory latając samolotami RC. Z jej pomocą wiele lat później zdałem na komercyjną licencję pilota bezzałogowych statków powietrznych do 25kg.


Leniwy letni weekendowy poranek 2008. Nagle ostry dzwonek telefonu, widzę że to Mareczek, zaspany uśmiech na mojej twarzy. Jędrek co robisz dzisiaj? – krótko pyta. Za pół godziny już po śniadaniu i szybkim ładowaniu akumulatorów do kamery pędzę na lotnisko do Chrcynna, żeby spotkać Marka przy jego silnym dwupłatowym Thunderbolcie. Jedno jest oczywiste: znów czeka mnie mnóstwo funu i obcowanie z lotniczym guru. Najpierw poleci solo, zrobi pokaz a potem zabiera mnie z kamerą i robimy zdjęcia z powietrza. Nie mam statywu tylko małą profesjonalną kamerę Panasonic HD z szaloną 30x transfokacją. Nie jest łatwo utrzymać Marka w kadrze jest tak szybki. Jak zwykle przepiękny urozmaicony pokaz, trudne figury i bezbłędne wykonanie. Popisy po lądowaniu i chwila odpoczynku. Szybko nagrywam parę krótkich wywiadów. Wiem że jeżeli tego nie zrobię teraz, nawet w trudnych warunkach, potem może nie być w ogóle okazji. Mareczek kocha obiektywy kamer i z ogromną wzajemnością, tę swobodę czuje się na każdym kroku. Jest gwiazdą na ziemi i w powietrzu. Nikt w naszej branży lotniczej nie może się z nim równać. Jemu przychodzi to absolutnie naturalnie, po prostu ma talent ale i prawdziwą charyzmę, jak nikt inny z naszego świata lotników. Jego nieustanny dowcip i uśmiech rozbraja i powoduję, że pragnie się jego aury. Do współpracowników, obsługi naziemnej jest wymagający, personel uważa, że jest zdecydowany i dość ostry ale jego uśmiech i mrugnięcia okiem pokazują, jak duży dystans ma do życia. Trudno nie zauroczyć się taką osobowością.

Czas na mnie, wsiadam do samolotu, przypinam się mocno pasami. To konieczne, nie może być najmniejszego luzu bo przy akrobacjach i nagłych zmianach przeciążeń nie byłoby mowy o w miarę stabilnych ujęciach z powietrza. Wiem że i tak będzie trudno! Będzie cholernie ciężko bo Mareczek nie daje taryfy ulgowej gdy chce mieć dobry film… Ja też pragnę najlepszych ujęc, ale po jakimś czasie sił zaczyna trochę brakować. Najgorsze jest to, że z wyprzedzeniem nie wiem kiedy zacznie się kolejna wymagająca figura akrobatyczna. Zawsze jestem zaskoczony jak to pasażer i to jest szczególnie trudne do zniesienia, aniżeli bym ja kręcił akrobacje! To dokładnie tak, gdy ktoś bardzo ostro prowadzi samochód, a ty bezradnie poddajesz sie przeciążeniom na prawym fotelu – to też jest nieznośne, bo zawsze jesteś spóźniony z kontrreakcjami. Po kwadransie totalnych szaleństw i podniebnych wygłupów czuję, że jestem fatalnie umęczony fizycznie. Ledwo siedzę nie mówiąc o precyzyjnym prowadzeniu kamery. Nareszcie lądowanie. Kołujemy pod hangar, Marek wyłącza silnik spokojnie wychodzi z samolotu i ze swoim szelmowskim uśmiechem pyta czy wszystko w porządku. Doskonale wie jak bardzo dał mi w kość, no ale odrobina kontrolowanego sadyzmu nie szkodzi. Cienkim głosem odpowiadam – tak, ale przez wiele minut nie mam najmniejszej ochoty wyjść z samolotu. Chcę tylko poczuć stabilne przyciąganie ziemskie 1G i zregenerować siły by wydostać się z samolotu. Jestem spocony ze zmęczenia, emocji i adrenaliny. Znów leżakowanie na trawie ale dłuższe niż poprzednio. Musi minąć pół godziny żebym doszedł do siebie. Wydaje mi się że doświadczyliśmy maksymalnych przeciążeń na tym typie samolotu i to się cholernie czuje. No czas się pozbierać. Na jednym ze skrzyżowań w Warszawie czuję się zaskoczony nagłym dzwonkiem awaryjnie hamującego tramwaju z lewej strony. Kompletnie go nie zauważyłem i również w ostatniej chwili wyhamowałem. Niestety tak długo działają efekty uboczne podniebnych szaleństw…


Góraszka 2010


ATR72 to Vilno


CYKZ preflight. Aviate, Navigate, Communicate, 2009 r.


Odyssey 2010

Nasza pierwsza Odyseja z Pawłem. Tak nazwaliśmy długie wyprawy po Ameryce Północnej. Paweł doleciał sam na zachodnie wybrzeże USA. Spotkaliśmy się w Santa Cruz, CA. 2 tygodnie spędziliśmy w okolicach Zatoki Monterey oraz w Silicon Valley, San Francisco by potem wspólnie wyruszyć w długą drogę powrotną na Wschodnie Wybrzeże do Toronto, ON. To była fascynująca wyprawa, niesamowite miejsca, ale też wyzwania i zapierające dech widoki, które koniecznie chcę zarejestrować.

Lecąc do San Francisco w Dallas miałem przesiadkę. Niestety nie zdążyłem na następny samolot ale za to znalazłem ciekawe miejsce do sfilmowania gęstego ruchu na płycie lotniska KDFW. Dzięki temu powstała krótka impresja. Miałem tylko 2 minuty na jej realizację, chwilę później podeszła do mnie pracownica lotniska i poinformowała mnie, że jeżeli natychmiast nie przestanę, to za moment utracę kamerę wraz z kartą pamięci, bo tam nie wolno filmować.


KWVI Wattsonville

Wattsonville to nieduże miasto w Santa Cruz county w centralnej części wybrzeża Kalifornii, nad Zatoką Monterey. Głównie słynne z rolnictwa. Ale jest tam również bardzo przyjemne lotnisko lotnictwa ogólnego (General Aviation) oraz znane centrum szkoleń pilotów samolotowych i śmigłowcowych (Specialized Helicopters). To była nasza baza, nasze lotnisko. Stamtąd blisko i do Monterey, Salinas, San Jose czy San Francisco. Planowaliśmy pozwiedzać tego dnia San Francisco ale piękna pierzyna chmur nam to uniemożliwiła. No coż – może nie tym razem przyjdzie nam z góry oglądać Golden Gate.


Santa Cruz, Natural Bridges

Pogoda lata 2010 w rejonie Zatoki Monterey była trochę kapryśna. Nie było upałów. Wieczorem chmury znad oceanu powodowały mgłę nad lądem, była niska podstawa chmur. Chmury odchodziły z powrotem w kierunku oceanu po południu, tak więc na plażach rzadko można było spotkać opalających się turystów, częściej foki wygrzewające się na okolicznych skałkach. Nie było prawdziwego lata, ale nam to nie przeszkadzało. Trzeba było tylko pamiętać o zakładaniu wieczorem i rano swetrów. Natural Bridges to ładne miejsce, skały o tak ciekawych kształtach nieczęsto się widuje. Surferzy chetnie zakładali pianki bo woda tego lata nie należała do gorących.


Laguna Seca

Laguna seca nie wymaga rekomendacji zaintersowanym sportową motoryzacją. Położona blisko miasta Monterey na południu zatoki. To piękna pagórkowata i górzysta okolica, teren który w 1957 roku przebudowano na słynny samochodowy tor wyścigowy Laguna Seca. Znalazłem się tam z kamerą i postanowiłem podglądać pracę mechaników i dumnych bogatych właścicieli super-samochodów. Okazy samochodów rzeczywiście wyborowe i wszystkie w perfekcyjnym stanie. Ach, chciałoby się wsiąść w kilka z nich i zrobić parę okrążeń…


San Francisco nocą

Jeszcze tego samego dnia z okolic Monterey pojechaliśmy pooglądać wieczór w San Francisco. Bardzo silny i zimny wiatr od oceanu na Golden Gate dawał się nam we znaki, to bardzo częste zjawisko nawet latem. Potem Chinatown, dzielnica portowa i po północy powrót do Santa Cruz autostradą numer 1, wzdłuż wybrzerza.


Antique Market

Santa Cruz, California. Targ staroci, ciekawi ludzie, wszyscy na luzie, piękna pogoda, wspaniałe światło. Nikt nie wstydzi się filmowania.


Santa Cruz, Amusement Park

Tuż nad wodą na plaży Santa Cruz jest słynne wesołe miasteczko. Santa Cruz Beach Boardwalk. Wielki diabelki młyn i mnóstwo innych atrakcji. Wybrałem się tam pewnego wieczora zobaczyć jak się bawią turyści. Wyszedł z tego film dość melancholijny zwolniony i wcale nie wesoły, tak więc kontrapunkt muzyczny się udał.


Lemon Tea

Lemon tea to film w jednym ujęciu. Powstał jak to często bywa przez przypadek, choć trudno uwierzyć iż nie był wyreżyserowany. Piękny wieczór w nad Oceanem Spokojnym, zatoka Monterey, kurort Santa Cruz. Idziemy do fajnego baru obsługiwanego przez skąpo odziane stewardessy kelnerki. Usiedliśmy przy stoliku i ku naszej radości po drugiej stronie zauważyliśmy uroczą parkę dyskutujących znajomych. Nie pozostało nic innego niż po cichu postawić na stole kamerę i udawać, że jest wyłączona. Zapraszam na projekcję:


Wattsonville to Lake Tahoe (KWVI – KTVL)

Nadszedł dzień pożegnania z Zachodnim Wybrzeżem. Zatankowaliśmy samolot 100 oktanową ołowiową benzynką. Jednak pogoda nie zachęcała do lotu, podstawa chmur była bardzo niska a na dodatek zaczął padać deszcz. Tak się składa, że żeby wylecieć z okolic Zatoki Monterey na wschód, konieczne jest pokonanie niezbyt wysokich ale jednak ponad kilometrowej wysokości gór. Gór których wysokość znacznie przewyższała podstawę chmur. Miny mieliśmy nietęgie. Trzeba było poszukać odpowiednich prześwitów, tak by wydostać się w kierunku Gór Skalistych. W końcu udało się! Wyrwaliśmy się chmurom i od tej pory pogoda była już doskonała. Lecimy do Yosemite. Wspinamy się bardzo wysoko, wcale nie lecimy nad najwyższymi szczytami. Na 12000ft zaczyna mi trochę brakować tlenu. Czuję mdłości i automatycznie odechciewa mi się robić film i zdjęcia. Nasz samolot nie jest wyposażony w instalację tlenową. Na szczęście zaplanowaliśmy lądowanie w pięknym miejscu – nad znanym jeziorem Tahoe. Tak więc wreszcie schodzimy ostro w dół by wylądować powyżej wysokości tatrzańskiego Giewontu! Nie uświadamiamy sobie jak wysokie są Góry Skaliste. I jak bardzo powoli opada wysokość terenu lecąc na wschód. To gigantyczny płaskowyż.


Battle Mountain, NV

Tego dnia udało się nam wylecieć z Kalifornii i dolecieć tylko do połowy Newady. Wszystko przez to, że wystartowaliśmy bardzo późno. W Lake Tahoe pojawiły się nieoczekiwane problemy z zasilaniem głównego GPS-a. Oczywiście miałem zapasowy lotniczy GPS Air Nav Pro w smartfonie ale nie chcielibyśmy być pozbawieni głównego. Muszę przyznać że mój GPS bardzo dobrze się sprawdzał, o dziwo nawet wskazania wysokościomierza nie różniły się więcej niż o 100-200 stóp od prawdziwych, tak więc to całkiem dobry sprzęt. Poza tym świetnie się sprawdza na ziemi: można go podłączyć do projektowanych przeze mnie symulatorów lotu X-Plane.

Zrobiło się późno, słońce zaczęło świecić w złotym kolorze. Kolorki i widoki trochę jak na Marsie. Mieliśmy nadzieję zatankować w Battle Mountain (KBAM), które leży w połowie drogi między Reno i Salt Lake City i lecieć dalej. BTW. Paweł zazwyczaj narzeka, że za mało przelecieliśmy. Mi się aż tak nie spieszy, czasem nawet wolałbym spokojniej porobić zdjęcia i filmy, więcej pozwiedzać na ziemi a nie w pośpiechu pędzić dalej. No ale on jest kapitanem. Jakbym wszczął rozrubę w trakcie lotu, narozrabiał na pokładzie, to ma prawo mnie związać i awaryjnie lądować… Dlatego wolę nie zaczynać. Tak na poważnie to oczywiście chętnie go wspomagam w locie, choć autopilot się też przydaje, jeżeli trzeba też chwytam za drążek i pilotuję, mogę wylądować jakby co, a poza tym mam dodatkową parę oczu co w samolocie jest nieocenioną pomocą… Wiemy coś o tym, ale o tym więcej przy okazji innego lotu.

Battle Mountain Airport leży na pustkowiu, pustyni otoczony górami, ma pasy o długości aż 7300 stóp każdy. To wiele mówi o historii tych lotnisk. Praktycznie zawsze ogromna długość pasa oznacza że nie spotka się tam żywego człowieka wieczorami. To stare lotniska wojskowe z czasów WWII (Reno Army Air Base zbudowane w 1942 roku). Tak niestety było i tym razem: nikogo na tym wielkim lotnisku nie zastaliśmy prócz śpiącego kota. Gorzej – nie mogliśmy nawet zatankować bo nie było tam samoobsługowej stacji z benzyną lotniczą 100LL. A tym czasem zrobił się zmierzch, w oddali tylko słychać międzystanową autostradę numer 80. Jest tylko zaparkowany ładny turbośmigłowy samolot do gaszenia pobliskich pożarów przy którym robimy sobie zdjęcia. Ani żywej duszy w promieniu kilkunastu kilometrów. Czy przyjdzie nam nocować na płycie lotniska aż jutro ktoś być może przyjedzie na lotnisko?

Paweł dzwoni do pobliskich moteli. Na szczęście z jednego z nich zgodzili się przyjechać po nas. Co za ulga. Jedziemy pickupem ze ślicznymi psami na pace. Huskie ma oczywiście oczy w różnych kolorach. Widać że kochają przejażdzki tym samochodem. Po 15 minutach drogi jesteśmy w małym miasteczku. Jest tam tylko cementownia i Colt Inn Casino. Zatrzymują się tam tylko na nocleg kierowcy potężnych tracków. Specyficzny klimat. Paweł ma na sobie dość niefortunną w nocnej dzikiej Newadzie koszulkę z napisem San Francisco. Sam napis już nie najlepiej działa na kierowców. Gorzej, że jest niezwykle kolorowa i wręcz fluorescencyjna, hmm rzekłbym zbytnio LGBT… To trochę za dużo jak na ich odporność. Paweł jakoś zasapany wrócił ze spaceru, coś wspominał że zbytnio zainteresowali się nim tirowcy… No coż, taka jest Nevada.


Battle Mountain, NV – Wendover UT (KBAM-KENV)



EasyAir Eurocopter EC120 Colibri


PZL W-3 Sokół


The Pilots

Film „The Pilots” zrealizowałem podczas Międzynarodowego AirShow w Radomiu w 2011 roku. Zamiast filmowania akrobacji skupiłem się na pilotach. Żeby podkreślić inny charakter filmu prosiłem każdego z nich o rzecz trudną: pozowanie przez minutę w bezruchu przed ich samolotami. To pomogło narracji filmu.


Żelazny 2011

Film o Grupie Akrobatycznej „Żelazny” realizowałem jesienią 2011 roku. Mieliśmy do dyspozycji nowiutki śmigłowiec Robinson R44 – jeszcze pachnący nowością. Naturalnym było, iż w takich przypadkach do filmowania demontuje się drzwi po lewej stronie. Warunki realizacji nie były łatwe szczególnie, że miałem do dypozycji małą ręczną kamerę HD. Pęd powietrza a właściwie huragan podczas lotu z prędkością ponad 200km/h był straszny a mi zależało na stabilnych ujęciach. Następny tydzień lub więcej spędziłem przy komputerze na zaawansowanej stabilizacji materiałów video. Kocham taką sportową pracę z kamerą. Troche inne wyzwania niż na pokazie mody ale tak samo pełne skupienie i wyszukiwanie najciekawszych ujęć, których nie da się już powtórzyć. Nie będzie drugiego dubla. Poza tym bardzo istotne było dobre dogadywanie się z pilotem, który nie widzi tego co filmuję, ale może mi bardzo pomóc swoim kunsztem pilotażu. Tak więc intercom pracował bez przerwy. Na szczęście mieliśmy świetny system aktywnej redukcji szumów Bose w słuchawkach, dlatego przynajmniej poziom głośności w słuchawkach był niski, co dodawało sporo komfortu komunikacji. 

W filmie są według mnie ciekawe ujęcia, których u nikogo nie widziałem dotąd i o których chcę coś więcej powiedzieć. Mam na myśli dwa podobne ujęcia w których kamera jest statyczna. Od kilku minut jesteśmy w zawisie nad końcem lotniska na osi pasa, podczas gdy Żelaźni wykonują start i lecą dokładnie na nas, tak jakby planowali staranować nas, by pod koniec nagle przelecieć dosłownie 2-3 metry pod nami. Ujęcia dość emocjonujące dla obu stron. Wykorzystałem potężny 30x optyczny zoom kamery, by w czasie startu stale mieć ich blisko, potem bardzo stopniowo zmniejszałem ogniskową, aż do szerokiego kąta, kiedy przelatywali tuż pod nami. Przez prawie cały czas ujęcia sylwetki samolotów poruszają się w bardzo małym stopniu powiększając się jedynie. Uroku dodaje gęsty biały dym z przetwornic w samolotach. 

Jeżeli się przyjrzycie w jednym z ujęć zaraz przed bardzo ciasnym przelotem Żelaznych pod śmigłowcem widać że wpadli w silne turbulencje od „downwash” śmigłowca. Końcówki ich skrzydeł były bardzo blisko siebie i silne szarpnięcie wystraszyło pilotów jak i mnie.

Oshokosh 2014
Z powrotem w domu, powrót z Odysei 2014

2015 NY


Extreme planespotting

Extreme planespotting mogłem zrealizować dzięki spęłnieniu marzeń w dziedzinie optycznie stabilizowanej optyki długiej ogniskowej. Czegoś co jest wymarzone do zdjęć lotniczych. Nigdy dotąd nie było możliwe uzyskanie ogniskowych rzędu 1200mm (35mm equiv.) bez potężnych, szalenie ciężkich i kosmicznie drogich obiektywów pełnoklatkowych (jeden z takich obiektywów o ogniskowej „jedynie” 200mm ale za to najwyższej jasności na świecie f/1.8 i wadze 4kg (!) był w moim posiadaniu w czasie kiedy zajmowałem się realizacją filmów i zdjęć dla projektantów mody). Szokujące jest to iż filmując z jednej strony lotniska Chopina doskonale widać szczegóły na drugiej stronie pasa startowego odległego o 4 km! Panowanie nad płynnymi ruchami głowicy statywu wymaga ogromnego opanowania i lepszej niż zegarmistrzowskiej precyzji. Za to efekty są wyśmienite, kompresja perspektywy niewiarygodna, zupełnie nienaturalna dla optyki naszego oka. Jeśli to możliwe polecam oglądanie w rozdzielczości 4K, choć warto zauważyć iż przejrzystość powietrza, termiczne ugięcia fali świetlnej przy tak ogromnych dystansach pogarszą jakość obrazu. Na to nie mamy żadnej rady, taka jest fizyka.


Timelapse

Lumix GX80 doskonale sprawdza się do realizacji filmów poklatkowych. Migawka elektroniczna, lekki, latwo go przyssać do szyby, wymarzony aparat do tych celów. Potrafi zrealizować UHD timelapse wewnętrznie ale ja wolałem zrobić to ręcznie w Final Cut Pro.


PZL-130 Orlik


Super Odyseja 2017

Super Odyseja 2017 to jedna z naszych najwspanialszych, najdłuższych i najbardziej ekscytujących wypraw. Niełatwo było się nam wyrwać z Toronto. Pogoda był niesprzyjająca, było chłodno, dużo padało. Dzięki zdecydowanej szybkiej decyzji Pawła, pewnego dnia po południu skorzystaliśmy z okna pogodowego i uciekliśmy w kierunku południa do Buffalo. Tam jeszcze w okolicach wisiały ciężkie chmury, ale lecąc wzdłuż jeziora Erie, zachwycił nas przepiękny golden hour i niezapomniany zachód słońca wśród bajecznych kolorów chmur. Nadchodził zmierzch i zaczęliśmy rozglądać się w poszukiwaniu noclegu. Tego dnia nie było sensu lecieć do oporu. Po zmroku wylądowaliśmy w Akron w MacKinley Air, zatankowaliśmy i zaczęliśmy szukać noclegu. Następnego przedpołudnia byliśmy już gotowi do dalszej drogi. Kontroler zalecił okrążenie regionalnego jeta z włączonymi silnikmi od tyłu, wyraźnie poczuliśmy podmuchy powietrza o nasz samolot.

Następnym przystankiem było Quincy, IN. To lotnisko było w 1996 roku miejscem dramatu United Express Flight 5925. Tragicznej kolizji dwóch samolotów: lądującego liniowego samolotu Beechcraft 1900C oraz prywatnego King Air startującego z Quincy. Kolizja samolotów wydarzyła się na pasie startowym. Rozległego pożaru samolotów niestety nikt nie przeżył.

Piękna pogoda, gorąco i znów tankowanie RV6. Na lotnisku w oddali dostrzegłem znajome kształty kilku MiG’ów 29. Trochę nietypowe miejsce dla takich myśliwców. Potem dowiedzieliśmy się że jest to prywatna kolekcja samolotów. Lunch i lecimy dalej. Daleka droga przed nami.

Kolejny stop już w Nebrasce. Silver Hawk Aviation w miasteczku Lincoln. Midwest nie jest szczególnie ciekawy, więć mimo zbliżającego się zachodu słońca wskakujemy do samolotu i lecimy dalej, szykuje się długi wieczór w przestworzach. Przynajmniej nie będzie gorąco w kokpicie i nie trzeba smarować się sunscreenem. Znów wznosimy się na 8500ft, 8 galonów na godzinę i cała do przodu!

Żałuję że tak trudno jest komentować tak długie filmy jak Odyseja 2017. Może następną Odyseję zmontuję w krótszych odcinkach.


Wyprawa 2018

Grill lotniczy w EPMX, Milewo 2019

Szalona Odyseja 2019 blog

Pracujemy nad nią. Stay tuned.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s